Transport w Porto: praktyczne wskazówki

Tydzień w Porto nauczył mnie wiele. Na przykład tego, że tydzień w samym Porto to za długo. Ale też chociażby przydatnej umiejętności patrzenia na sposoby transportu w niecodzienny sposób. Tej ostatniej rzeczy chcę was nauczyć w tym wpisie.

Podczas podróży najczęściej wybieramy transport publiczny dostępny w mieście, do którego się wybieramy. Nie jest to jednak jedyny sposób poruszania się, a na pewno nie jest to zawsze najtańszy sposób poruszania się, o co często nam jednak w planowaniu budżetu chodzi. Ma być tanio, w miarę wygodnie i możliwie szybko.

Własne nogi

Opcja przydatna zwłaszcza w miasteczkach takich jak Porto. Część turystyczna jest w zasadzie skupiona na dość niewielkim obszarze i z zacięciem wytrawnego podróżnika da się ją zwiedzić wyłącznie pieszo. Wystarczy mapa, zmysł planowania, trochę kondycji (jednak liczne wzniesienia potrafią dać w kość, jeśli wcześniej spędzało się cały wolny czas na kanapie), wczesne wstawanie i późne powroty.

Jest jednak jeden minus – jeśli macie ochotę na dłuższe posiedzenie w jednej z knajpek, może być wam po prostu trudno wrócić do mieszkania. Nie tylko dlatego, że przedawkujecie porto (ewentualnie opijecie się po brzegi sangrią), ale też dlatego, że człowiek po smacznym posiłku najchętniej poszedłby spać, a nie wybierał się znowu w kilkukilometrowy spacer. Pomijając fakt, że większość dobrych miejscówek jest w porze obiadowej zamknięta (siesta) i otwierana dopiero około 19:00-19:30, co wyklucza sprytne odbycie posiłku w godzinach późnopopołudniowych.

Transport publiczny

W Porto funkcjonują autobusy (całkiem zwyczajne), tramwaje (zabytkowe, przetransportowane wehikułem czasu w teraźniejszość) i metro (jeżdżące w dużej mierze na powierzchni… lub prawie w powietrzu ;D).

Aby korzystać z komunikacji miejskiej, możecie kupować bilety jednorazowe za gotówkę u kierowców, co jest (jak się pewnie domyślacie) kompletnie nieopłacalne.

Możecie również zainteresować się kartą Andante. Można ją kupić w sklepach oznaczonych tą nazwą, najczęściej na dworcach kolejowych i stacjach metra, oraz w automatach. Na niej koduje się blety strefowe na określoną liczbę przejazdów lub określony czas. System strefowy nie jest jednak tak przyjemny jak ten londyński i uwierzcie mi, zapytani Portugalczycy mieli ogromny problem z wyjaśnieniem, jak w zasadzie to wszystko działa. Nie pomogły blogi i tablice na stacji Trindade – poddaliśmy się i postanowiliśmy kupić kartę Andante dla turystów…

…która jest bezstrefowa i odrobinkę tylko drożsża od normalnej, ale za to nie musicie martwić się systemem, którego “najstarsi górale nie ogarną”*. Niestety, dostępna tylko w sklepach na dworcach, przez co… zrezygnowaliśmy z jej zakupu :D Trafiliśmy na czas, w którym (chyba z okazji 1 kwietnia) trwała promocja na bilety kodowane na kartę, w związku z czym kolejka do punktów sięgała kilku godzin czekania. Co ważne – jeśli widzicie tę kolejkę, to wiedzcie, że na innej stacji będzie równie długa. I nie, nie kupicie tej karty w punkcie informacji turystycznej. Chyba nie muszę mówić, skąd wiem?**

Haczyk jest taki, że w metrze nie ma bramek, ale kartę i tak trzeba odbijać za każdym razem, przy każdej przesiadce. A kanarów całe mnóstwo – trafili się nawet w zabytkowej linii tramwajowej, gdzie bez zakupionego u kierowcy za gotówkę biletu nie wejdziesz. To dopiero heca, nie?

 
 
 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Post udostępniony przez Blogodynka (@karolina_pikus)

A może taksówka?

Dochodzimy do opcji, którą wybraliśmy podczas naszego pobytu w Porto. Nie poruszaliśmy się jednak zwykłymi taryfami, lecz postawiliśmy na Bolta (kiedyś Taxify). Powrót do naszego mieszkania w okolicy stacji Trindade z najdalszych zakątków (np. Matosinhos, Afurada) kosztował w granicach 5-6 euro, transport z lotniska do mieszkania wyniósł nas 11,50 euro.

W ciągu dnia podróżowaliśmy Boltem z reguły maksymalnie dwa razy: wieczorem do domu i okazjonalnie na krótkim odcinku za 2-3 euro, jeśli zależało nam na czasie. W tej konfiguracji, dla naszej czwórki, była to… najtańsza z możliwych opcji transportu (nie licząc nóżek, ale to już ustaliliśmy – nie wchodziło w naszym przypadku w grę ;D). Przy czym nie musieliśmy przejmować się strefami, pamiętaniem o odbijaniu karty na czytnikach w metrze, szukaniem odpowiednich przystanków i przesiadaniu się w dobrym miejscu (swoją drogą, sprawdzałam czasem z ciekawości metody dojazdu komunikacją i ZAWSZE Google kazało mi się przesiadać).

Podóżowanie Boltem jest opłacalne w grupach powyżej dwóch osób (wtedy cena jest mniej więcej porównywalna z transportem publicznym, zależy od odległości) i nie tylko w Porto. Przy zbliżającym się wyjeździe do Lwowa, w ogóle nie rozważamy innych opcji transportu – trasa lotnisko-apartament to kwota 11 zł (wciąż na 4 osoby!).

Mam też dla was mały prezent. Jeśli nie posiadacie jeszcze konta w aplikacji Bolt, możecie je założyć i użyć kodu rabatowego 4UJZS – otrzymacie 10 zł zniżki na wasz pierwszy przejazd, a ja dostanę taką samą zniżkę do wykorzystania dla siebie.

Uber w porównaniu wypadał zawsze około 2 euro drożej, więc nigdy się na niego nie zdecydowaliśmy. Od kierowców wiemy, że raczej wszyscy jeżdżą na obu aplikacjach. Swoją drogą, o kierowcach będzie coś jeszcze, bo to ogromne źrodło wiedzy o lokalnej kulturze, jeśli tylko masz ochotę posłuchać, serio.


Mam nadzieję, że zaskoczyłam was trochę tym wpisem, zwłaszcza częścią o podróżowaniu Boltem. Zapraszam do śledzenia bloga, bo niedługo kilka poleceń fajnych knajpek w Porto oraz lista miejsc “must-see” :)


*Tu się trochę śmieję – ostatecznie po kikukrotnym przeczytaniu kilku wpisów na blogach i wnikliwej analizie strony transportu w Porto ogarnęliśmy, ale i tak już nie było potrzeby, bo odkryliśmy magię Bolta. Zniechęciła nas przy tym dość mocno ogromna kolejka do sklepu Andante i fakt, że nie jesteśmy w stanie kupić tej karty w najbliższym czasie.

**Tutaj mała ciekawostka – pytaliśmy kilku Portugalczyków, gdzie poza sklepem z kolejką można zakupić kartę. Trzy osoby wzruszyły ramionami, kolejne dwie nie mówiły po angielsku, następna twierdziła, że w automacie i nam pomoże, gdy będzie nasza kolej na zakup, a potem zmyła się na przerwę w pracy, gdy nadeszła nasza kolej (pan z obsługi metra), a ostatnia dziewczyna z łamanym angielskim (szacun za chęci!), oprowadziła nas po stacji, by ostatecznie odesłać do punktu informacji turystycznej (“tu nie, bo kolejki, a w tym sklepie obok nie ma”), gdzie kart kupić po prostu i tak nie można :D

Zdjęcia do wpisu wykonał Tomasz Pikus (@tomaszpikus na Instagramie)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

You May Also Like