Dlaczego już nie mam ochoty wracać do Brukseli?

Na początku grudnia miałam okazję uczestniczyć w krótkim, bo trzydniowym, wyjeździe studyjnym do Brukseli na zaproszenie polskiego przedstawicielstwa Unii Europejskiej. Sam wyjazd był fantastyczny, dyskusje dokonały ogromnego przemeblowania w mojej głowie, ludzi uczestniczących w koloniach razem ze mną pokochałam całym serduszkiem, ale jakoś z samą Brukselą nie polubiłyśmy się za bardzo.

Dzwoniąc do Tomka w trakcie wyjazdu zachwalałam wszystko, tylko nie miasto. Powiedziałam wtedy zdanie, które przyświecało całemu wyjazdowi: wrócę tylko po to, żeby ci to wszystko pokazać albo na kolejne spotkania w Komisji Europejskiej. Oto kilka powodów, dlaczego do Brukseli nie ciągnie mnie z powrotem tak bardzo, jak na przykład do Szwecji czy Londynu.

Mają jakiś problem z warzywami

Chociaż pierwsza kolacja nie była jeszcze taka zła (chociaż wzbudziła moje podejrzenia) – zachwycona byłam dostępem do owoców morza, które uwielbiam, to im dalej w las tym gorzej. Już śniadanie dnia nastęnego pokazało, że w Belgii ludzie po prostu mają coś do warzyw. Lubię mięso, jem mięso i nie chcę z niego póki co rezygnować, ale do tego wyjazdu nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak wielką rolę odgrywają warzywa w moim życiu.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wyobraźcie sobie śniadanie złożone z chleba tostowego (jakości chleba tostowego) i jajecznicy z boczkiem, a do tego… najwyżej sok pomarańczowy. Rozglądałam się po całej restauracji hotelowej i jedyne rośłinne pożywienie tam obecne to pomidorki pokrojone w ciapko-kostkę z cebulką w ilości tak mikroskopijnej, że w zasadzie aż nie wypadało nakładać tego tyle, ile potrzebowałam, by zaspokoić wegetariańską część mojej osobowości.

Dalej było podobnie. Do obiadu dostaliśmy dwa plasterki cukinii i jeden marchewki (gotowane na parze), a przy kolacji “sałątka” okazała się kilkoma liśćmi sałaty rzuconymi bardziej w charakterze przybrania niż części posiłku. Na śniadanie ten sam repertuar. Moja reakcja po powrocie do Polski? Moje hotelowe śniadanie składało się praktycznie z SAMYCH warzyw. Śniłam o papryce, a pomidorki goniły mnie w koszmarach.

Obsługa klienta 10 lat wstecz

Ludzi, którzy przeprowadzają się na przykład z Polski do Brukseli bardzo gorąco podziwiam za cierpliwość i pokłady wyrozumiałości. Spędziliśmy tam zaledwie dwa pełne dni, ale nawet nie musieliśmy, bo uroki tamtejszej obsługi klienta dotknęły nas tuż po tym, gdy samolot dotknął belgijskiej ziemi.

Zaczęło się od godzinnego oczekiwania na kierowcę autobusu, który miał nas odebrać i odwieźć do hotelu – opłacony, zarezerwowany, a jednak nie przyjachał. Firma twierdziła z kolei, że takiej rezerwacji nie ma. Gdy w końcu dojechaliśmy do hotelu (po tym, jak nasi opiekunowie wydzwonili przewoźnika i musieli sami zasugerować sposób naprawienia szkody – wysłanie do nas kierowcy), gdzie jeden z naszych opiekunów otrzymał kartę meldunkową z danymi swojego ojca (który spędził w tamtym hotelu tylko jedną noc i to pięć lat wcześniej), a jeden z blogerów nie miał pokoju (bo rezerwacja została wpisana w system na dobry dzień, dobry miesiąc, ale rok jakiś taki… 1991 ;D). I znowu, trzeba było się upomnieć, bo obsługa tylko bezradnie pytała “ale co my możemy teraz zrobić?”.

Na sam koniec dnia stwierdzono, że nasza 20-osobowa rezerwacja opiewała tylko na osób 18, więc nie wiadomo, co w zasadzie można teraz zrobić, bo już tak wyszło jak wyszło (np. dostawić talerze i krzesła :D). Można zwariować, jeśli dodać do tego fakt, że angielski jest tam językiem znanym, ale niechętnie użwanym (przy podawaniu numeru pokoju do śniadania musiałam ostatecznie pokazać cyfry palcami – hotel znajdował się na przeciwko budynków Komisji Europejskiej – a znajoma gluten-free była nazywana “panią gluten” przy każdym śniadaniu… no cóż :D).

Nie jest zbyt bezpiecznie

Umówmy się, w tym punkcie nie jestm ekspertem, bo praktycznie cały czas chodziliśmy większą grupą, w dodatku z ludźmi, którzy w Brukseli kiedyś mieszkali i znali miasto praktycznie jak własną kieszeń, ale jeśli mimo to zdarzyło mi się zostać zaczepionym przez obcych, pijanych ludzi, którzy używali niezbyt kulturalnego języka i zdecydowanie nie mieli przyjaznych zamiarów, co dopiero działoby się, gdybym przemierzała uliczki miasta sama?

Są miejsca, w których czuję się bezpiecznie i nie mam potrzeby rozglądania się na wszystkie strony (choć wiadomo, że wszystko wszędzie zdarzyć się może). Do takich miejsc należy Londyn, ale też odwiedzone przeze mnie miasta w Szwecji, Niemczech, Chorwacji… W zasadzie, gdy teraz o tym myślę, podczas żadnej z moich podróży nie czułam się zagrożona. W Brukseli poczułam się zagrożona kilkukrotnie. A w zasadzie, poczułabym się, nie będąc z dużą grupą.

Moje doświadczenie zaleca dużo ostrożności, ale należę do ludzi, którzy stresować się za bardzo nie lubią, więc do powrotu mnie nie ciągnie.

Architektura taka meh

No dobrze, ale skoro już jedzenie nie takie, bezpieczeństwo leży, to może chociaż widoczki będą śliczne? Tu znowu, czasu nie było wiele – zobaczyliśmy starówkę, przeszliśmy się małymi uliczkami, a dzielnicę europejską zwiedziliśmy z każdej możliwej strony i… no szału nie ma.

Zachwyciło mnie w zasadzie tylko jedno miejsce – nie wiem jeszcze tylko, czy nie był to przypadkiem efekt świątecznych światełek i iluminacji, jakie w tym czasie wisiały pod sufitem. Mówię tu o Galeries Royales Saint-Hubert, które były tak fotogeniczne, że nie wiedziałam, czy w najpierw chwycić za telefon czy aparat i czy najpierw kręcić film czy robić zdjęcia.

Pozostałe miejsca nie wywarły na mnie żadnego wrażenia. To chyba nawet jeszcze gorzej niż gdyby moje wrażenia były negatywne. W żadnym momencie nie miałam oczu jak pięć złotych, nie wzruszyłam się z zachwytu, nie czułam, że o matko, moja mama musi to koniecznie zobaczyć. A mam tak często i prawie wszędzie, co pozwala wnioskować, że nie jest AŻ TAK trudno mnie zadowolić.

Czekolada, frytki, gofry – wszystko przereklamowane

Wiem, że znowu mówię o jedzeniu, ale to w zasadzie jest osobna kategoria. Te trzy przysmaki urosły do rangi kultowych must experience podczas podróży do Belgii.

Gdy bliscy słyszą, że lecisz do Belgii, nie pozwalają wrócić bez belgijskiej czekolady, a stali bywalcy przypominają, że koniecznie musisz spróbować PRAWDZIWYCH belgijskich frytek i gofrów. Miałam okazję próbować wszystkich trzech rzeczy, a moje wnioski są następujące:

Czekolada jest cholernie droga tylko dlatego, że ma napisane made in Belgium na etykiecie, podczas gdy jej smak podobny jest do czekolady znanej nam z polskich sklepów i nie wiem, jak bardzo wysublimowane podniebienie musiałoby jej próbować, by wyczuć tę subtelną różnicę. Na plus działa chyba tylko wybór smaków, bo znalazłam tam taką o smaku lawendy i matchy, ale wydaje mi się, że to po prostu ograniczenia polskiego rynku i gdzieś za granicą (a poza Belgią) na pewno znalazłabym podobne.

Gofry są zwyczajnie suche i smakują zupełnie jak… no, gofry. Lepsze gofry belgijskie jadłam w Londynie w St. James’s Park niż w samej Belgii, a to już chyba dramat. Czułam, że żułam, nic więcej, dlatego jakoś szczególnie rozpisywać się nie będę.

Frytki to po prostu… frytki. Nie wiem, skąd wzięła się ta ich legenda. Może z faktu, że we frytkarniach często mamy do wyboru kilkanaście-kilkadziesiąt różnych sosów i magia frytek chyba może tkwić w tych sosach (mój curry chilli był naprawdę dobry, na tyle dobry, że podbierali mi go z pojemniczka :D), ale same frytki to po prostu smażone, zamrożone i jeszcze raz smażone frytki. Mogą smakować jak dobre frytki, a mogą też smakować jak zjełczały tłuszcz z posmakiem ziemniaka – tego rodzaju frytek też doświadczyliśmy w trakcie wyjazdu.


Najmocniej zachęcam was do podzielenia się waszymi wrażeniami z pobytu w Brukseli (bo napewno frytki jadłam nie takie, a gofry kupiłam w złym mejscu :D), a tych, którzy jeszcze nie mieli okazji tego miasta odwiedzić, zachęcam do spróbowania. Mimo wszystko, nie jest tak źle – ja bez wyraźnego powodu (patrz: spotkania w UE) już tam nie chcę wracać, ale cieszę się, że byłam, że zobaczyłam i poszerzyłam swoje horyzonty.

Reklama
Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

You May Also Like