Wpół do pełni szczęścia – rozliczenie noworoczne

Nie należę do tych, co często podsumowują rok i snują plany na kolejny.  Działam raczej od razu, z reguły nie potrzebuję czekać “do poniedziałku”, “do przyszłego miesiąca” albo “do następnego roku” – postanawiam i działam (chyba, że muszę zebrać zasoby do działania). Tym razem jest nieco inaczej. W końcówce 2018 roku nabrałam wiatru w żagle. Poziom zadowolenia z życia znacząco wzrósł (chociaż nie mogę powiedzieć, że kiedykolwiek narzekałam) i z tym rozpędem wpadam w 2019.

Co spowodowało ten rozpęd? Po pierwsze upragniony ostatni semestr studiów. Z perspektywy czasu widzę, że mój kierunek wybrałam trafnie, ale sam etap “studiowania” zaczął mnie męczyć, jak wszystko, co w moim życiu trwa zbyt długo. Przez ten czas bardzo się rozwinęłam i poszerzyłam horyzonty, ale ja w ogóle lubię robić dużo rzeczy i wciąż się uczyć. Zaliczenia przyszły łatwo, były w zasadzie formalnością. Pokonałam prokrastynację i stosunkowo szybko oddałam moją pracę inżynierską, wprowadziłam ostatnie (drobne! :D) poprawki i pozostało mi w zasadzie tylko przesłać ją do systemu, wydrukować, oprawić, złożyć w dziekanacie i czekać na egzamin inżynierski.

A egzamin inżynierski odbędzie się w pierwszym tygodniu lutego. Tu trochę prokrastynuję, bo wciąż opracowane zagadnienia przeglądam tylko pobieżnie (ale już z tego przeglądania wydaje mi się, że trzy tygodnie umiarkowanie intensywnych przygotowań będą ok). Wiem jednak, że ten etap zakończę bez większych trudności i dumnie będę mogła tytułować się inżynierem.

Drugim powiewem wiatru była zdecydowanie rozpoczęta już w wakacje działalność naszej agencji kreatywnej, którą założyliśmy wspólnie z Tomkiem. Połączyliśmy moje zdolności zarządzania projektami, obsługą klienta i niezłym słowotokiem z jego umiejętnościami graficznymi (pocięłabym się za jego czary w Illustratorze, Photoshopie i Premiere Pro). Tym sposobem zaczęliśmy działalność jako Pikus.it. Projektujemy strony internetowe, opiekujemy się firmowymi social mediami, projektujemy grafiki reklamowe i użytkowe. Przy okazji, nasi klienci to osoby bardzo inspirujące i aż miło patrzeć, gdy nasze działania wspomagają ich biznesy. Niewątpliwie pomogło to, że podobne zlecenia przyjmowaliśmy już wcześniej, ale w końcu mogliśmy stworzyć coś większego.

Nie powiem, że nie miałam momentu zwątpienia. Wystąpił wtedy, gdy okazało się, że po moim kierunku nie mam szans na podjęcie studiów zaocznych (II stopnia) w Polsce. Bezpieczeństwo żywności to kierunek stosunkowo nowy, przez co magisterki ze świecą szukać, a kierunki pokrewne wykluczają przyjęcie studenta z moim wykształceniem lub… od kilku lat się nie otworzyły. Oczywiście, mogłabym bez żadnych przeszkód podjąć studia dzienne, tylko… nie mam na nie czasu. Pracuję jako stylistka rzęs i paznokci, prowadzę agencję kreatywną, kanał na YouTube (w kolejce drugi) i bloga, a wszystkie te rzeczy są dla mnie równie ważne (plus, każda z nich przynosi mniejsze lub większe korzyści materialne, z których po prostu trudno zrezygnować). Rozpacz nie trwała jednak długo, a moją przyszłością i ostoją na kolejne lata okazała się być Szwecja – tam mogę studiować wszystko. No, prawie. Ale “mój” kierunek jest w zupełności w zasięgu ręki.

W 2019 rok wkraczam z paroma planami związanymi, a jakże, z rozwojem tego, co zaczęłam w 2018.

Po pierwsze, dalej stawiam na rozwój naszej agencji. Bardzo wierzę w ten projekt, skrzydeł dodają mi kolejne sukcesy i zadowoleni klienci. Czasami jesteśmy pierwszą agencją, z jaką współpracują, a czasem kolejną i wtedy widzimy, jak wiele na rynku jeszcze jest do zrobienia w kwestii uświadamiania, za co się płaci, jakie działania są skuteczne, a jakie działają dobrze tylko na papierze, bo dobre były 20 lat temu. Widzimy pole do rozwoju, co niesamowicie mnie cieszy.

Po drugie, moje zamiłowanie do rzeczy ładnych, dziewczęcych i kreatywnych zmusiło mnie do otwarcia własnego sklepu na Etsy, gdzie dopiero się rozkręcam (a niedługo produkty kupicie również tutaj, na blogu!) i stworzyłam na razie jedną serię printów (do wydruku w domu lub kupienia już gotowych). W planach zakup drukarki i plotera, dzięki czemu koszty druku się obniżą, a do oferty będę mogła wprowadzić więcej printów, a także naklejki i w przyszłości kubki, może też inne akcesoria.

Po trzecie, co ma oczywiście związek z planem wyjazdu do Szwecji na studia, chciałabym wrócić do intensywnej nauki szwedzkiego. Nie wracam na żaden kurs, bo tych we Wrocławiu dla mnie niestety nie ma (jedyna szkoła, która oferuje kurs na moim poziomie, a nie od podstaw, ma ze mną na pieńku po tym, jak z nich zrezygnowałam :D), ale biorę podręczniki w dłoń i przerabiam ile wlezie. W tej motywacji bardzo pomogła mi swoją drogą książka Radka Kotarksiego “Włam się do mózgu”, która zakupiona przez przypadek leżała rok na półce, bym wreszcie po nią sięgnęła dwa tygodnie temu. Przeczytałam jednym tchem, wybrałam “swoje” wytrychy i mądrzejsza o tę wiedzę ochoczo zabrałam się do nauki. W końcu nie muszę się martwić o regularne przypominanie tego, co już wiem, a mam sposób i motywację do nauki nowych rzeczy. Moim cichym planem jest Swedex minimum B1 jeszcze w tym roku.

Po czwarte, teraz, kiedy mojej głowy nie zaprząta sesja, kolokwia i egzaminy, skupiam się mocno na twórczej pracy (w co wchodzą też wszystkie punkty powyżej) i zamierzam mocno zająć się kanałem na YouTube. Plan jest taki – stara “Blogodynka” otrzymuje teraz moje imię i nazwisko, a filmy paznokciowe przenosimy na nowy kanał. Nie będę walczyć z tłumem, ale gdzieś muszę się wyżyć. Do tego wracam na bloga – nawet nie wiecie, ile tematów mi się uzbierało przez ten czas nieobecności. Lista ma chyba ze dwie strony w moim notatniku (a ja piszę bardzo drobnym druczkiem), w tym zawiera się kilka artykułów podróżniczych z miejsc, w których miałam okazję być w październiku i grudniu, a do tego parę punktów społeczn-środowiskowych, które kopnęły mnie w czapę podczas jednej z ostatnich podróży (kto śledzi Instagrama, pewnie się domyśli).

Last but not least, po piąte, zadbać o siebie. Tego nie pisałam nigdzie indziej, ale fakt, że nie muszę już wychodzić z domu wtedy, kiedy nie chcę (bo w kosmetyce nie pracuję na żaden etat, sama mogę zadecydować, w jakie dni przyjmuję klientki, a kiedy oddaję się innym zajęciom, a zajęcia na uczelni się po prostu skończyły), pozwala mi znaleźć czas na rzeczy, które do tej pory, żyjąc w pędzie, stawiałam na ostatnim miejscu: siłownia i jedzenie. Moje ukochane rowerki niestety zmieniły godzinę w grafiku i zaczynają się już o 7:30, a nie ma takiej siły, która by mnie o tej godzinie z łóżka wygoniła, ale za to w ofercie pojawiły się moje wymarzone zajęcia TRX oraz Zumba Strong. Jeśli będziecie zainteresowani, opiszę wam te formy aktywności. Z kolei mój żołądek w pewnych momentach traktowałam jak śmietnik, w myśl, że nie jeść nic jest gorzej niż zjeść cokolwiek i wracając późno z pracy lub po prostu wtedy, gdy tłumy ludzi odstraszały mnie od wizyty w sklepie (szczególnie nasilone w grudniu), jadłam po prostu źle. Te tłumy w sklepach to swoją drogą świetny temat na post.


I tym sposobem jestem tu, rozpoczynając pierwszy pełny tydzień roku 2019. Z uśmiechem na twarzy, wskakując w dres i lecąc na zajęcia TRX. Patrząc radośnie w przyszłość, tylko czasem spoglądając za siebie przez ramię. 

Reklama
Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

You May Also Like