Ileż to ja się naczekałam, ile trailerów naoglądałam i newsów przeczytałam. Patryk Vega napompował moje oczekiwania do ogromnych wręcz rozmiarów i wręcz nie mogłam nie iść do kina w dzień premiery “Polityki”. Więc poszłam.

Zanim opowiem o moich wrażeniach, muszę nakreślić tło wydarzeń. Ostatnim filmem Vegi, który oglądałam w kinie były “Kobiety Mafii 2”, o których zresztą już pisałam na blogu. Wtedy nie wpadłam w szczególny zachwyt i zaczęłam się zastanawiać, czy w ogóle jest sens zaliczac kolejne seanse z tej serii, skoro każdy kolejny coraz bardziej mnie rozczarowuje.

A potem została zapowiedziana “Polityka” i moje oczekiwania znów poszybowały w górę. Dałam się chyba złapać na pułakpkę marketingową. Obietnice wywrócenia polskiej sceny politycznej do góry nogami, doniesienia o szantażach, skradzionych scenariuszach… to wszystko zwiastowało skandal, film, który może zmienić świat. A ja tej zmiany bardzo potrzebuję – dusi mnie obecna polityka, nie mam żadnych optymistycznych wizji dotyczących przyszłości Polski, mentalnie wręcz się z nią pożegnałam i tylko czekam na okazję, by śmignąć gdzieś dalej. Z tym filmem powróciła nadzieja.

Nadzieja umiera ostatnia

I umarła. Dokładnie 5. września o 1:16, gdy zakończył się nasz nocny seans filmu. Ten film nic nie zmieni, nikt nie wybierze inaczej tylko dlatego, że go obejrzał. Nie ma nowych afer, nie ma nowych skandali, wszystko już było i każdy choć raz o tym słyszał.

Fabuła jest podzielona na kilka części, każda opowiada nieco odmienną historię, zgrabnie się one przeplatają (i użycie tu przysłówka zgrabnie jest pozbawione ironii – cała konstrukcja mi się podobała). Film nie był zrealizowany tragicznie, powiedziałabym nawet, że był dobry (jak na Vegę, chciałoby się rzec, ale ja nigdy specjalnie na jego filmy nie narzekałam – z wyjątkiem ostatniego). Był po prostu nudny.

Nie pomogły świetne kreacje, zwłaszcza Andrzeja Grabowskiego i Antka Królikowskiego, gdy fabułę w zasadzie każdy już znał. A jeśli nie znał, to kojarzył – z mediów. Co z tego, że twarz była inna, a dialogi ukwiecone, jak to u Vegi często bywa. To już było.

Gdybym miała wskazać najlepszy epizod, zdecydowanie byłaby to historia premier Beaty Szydło. Może ze względu na początek filmu i świeże umysły, ale bawiliśmy się tam świetnie. Zaśmialiśmy się parę razy, wspólnie z Beatką ćwiczyliśmy gesty z jej przemówień i myśleliśmy, że tak fajnie będzie do końca.

Jest też jeszcze drobny absurd, który przeszkadzał mi w całościowym odbiorze i przeszkadzał mi w zasadzie od pierwszego zwiastuna. Kto normalny wpadł na pomysł, by obsadzić Tomka Oświecimskiego w roli księdza i na dodatek nie pomyslał, że wypadałoby mu skołować jakąś bardziej naturalną perukę. Wyglądał jakby się urwał z imprezy halloweenowej, a nie TV Trwam.

I wraca smutna rzeczywistość

Bo oto jesteśmy tu, po seansie najbardziej oczekiwanego filmu roku (a przynajmniej marketing pompował takie wrażenie przez cały czas trwania działań promocyjnych) i ja już teraz wiem – trzeba nam czekać na cud.

0 Shares:
Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Może Ci się spodobać:
Więcej

Powstaniemy, Czerwoni niczym świt – “Szklany Miecz” – premierowa recenzja

W tej recenzji iskry gniewu będą tryskać spod moich palców niczym malutkie błyskawice tryskały spod palców Mare Borrow. Może polać się krew, bez znaczenia, czy autorka należy do Srebrnych, czy Czerwonych. "Szklany miecz" przelewa moją czarę goryczy, a Victoria Aveyard powinna była albo przewidzieć moją reakcję, albo zwrócić się do kogoś, kto to zrobi.