Nie jest żadną tajemnicą, ze z polską szkołą jest coś nie tak. Było już źle za moich czasów, teraz to prawdziwy dramat. I tak jak cieszyłam się zawsze, że mam ten etap życia już za sobą, teraz wręcz ogromny głaz spadł mi z serca.

Zasada 3Z

Zakuć, zdać, zapomnieć – na tym opiera się właśnie nauczanie w naszej szkole. Byle wykuć pod klucz odpowiedzi, przygotować się do testu, egzaminu. W dobie, gdy każdą informację można w dowolnej chwili wyszukać w internecie, należy wykuć na pamięć całą masę zbędnych rzeczy. Edukacja ogólna jest jak najbardziej w porządku, ale zapomina się w tym wszystkim o nauce najważniejszej umiejętności w życiu każdego człowieka. MYŚLENIA.

Uczniowie zamiast rozumieć, uczą się na pamięć. A pamięć bywa zawodna. Później mamy takie kwiatki, jak uczenie się matematyki pod schemat zadań maturalnych i totalny brak przełożenia tych umiejętności na życie codzienne.

W szkole nie nauczysz się przedsiębiorczości

Miałam nawet taki przedmiot – podstawy przedsiębiorczości. Powinien się raczej nazywać Podstawy przedsiębiorstwa – uczyliśmy się tam tylko troszkę o systemie podatkowym, wspomnieliśmy jak wygląda zakładanie własnej działalności (choć minęło raptem 6 lat, a już robi się to zupełnie inaczej) i omówiliśmy ustrój naszego kraju (to chyba w ogóle temat na WOS?). Nikt nie przejmował się zaszczepieniem w nas pewnego rodzaju obrotności, chęci rozwoju, wyznaczania sobie celów i dążenia do nich.

Nikt nie powiedział, jak wypełnić deklarację PIT, nikt nie zajmował się tworzeniem biznesplanów, nikt nie próbował wyjasnić, czym jest podatek VAT. W ogóle nie zostały poruszone zagadnienia związane z produktami bankowymi, jak korzystać z kredytów i kart kredytowych, na czym polegają fundusze inwestycyjne. O takiej błahostce, jak chociażby wyczulenie nas na dokładne czytanie podpisywanych przez nas umów nawet nie wspomnę.

Pracujesz nie dla siebie

Tylko dla nauczyciela, dla rodziców, dla każdego, tylko nie dla najważniejszej osoby w Twoim życiu – dla Ciebie. Cały świat próbuje Ci wmówić, że oceny są najważniejsze, że czerwony pasek to być albo nie być, a wynik egzaminu końcowego zdecyduje, kim będziesz w przyszłości.

Może tak, może nie. Ale tak naprawdę o tym wszystkim decydujesz sam. Osobiście uważam, że matura to must-have w dobie, gdzie masowo produkuje się inżynierów i magistrów. Bo matura to tak naprawdę dosyć prosty egzamin i można nie zdać go na poziomie wybitnym, ale zdać się go powinno. Ale później? Dróg i ścieżek jest tyle, że każdy znajdzie coś dla siebie. Niekoniecznie na wyższej uczelni. Zwłaszcza w czasach, gdy w wielu zawodach tak naprawdę nie można się kształcić na uczelniach wyższych – potrzebne są kursy i cała masa pracy, by zdobyć doświadczenie.

A teraz jest jeszcze gorzej

Serduszko mnie bolało od samego początku obecnej deformy edukacji. Myślałam sobie, że nie chciałabym, by moje dziecko musiało przechodzić przez ten horror. Nie byłam fanką gimnazjów, ale likwidowanie ich w tak nieprzemyślany i gwałtowny sposób to burzenie fundamentów pod drapaczem chmur.

Nie zazdroszczę rodzicom dzieci z podwójnego rocznika. Gdy dochodzi do takich absurdów, że dziecko postanawia nie zdać do kolejnej klasy, byle tylko nie musieć przechodzić przez proces rekrutacji, to wiesz, że nadchodzi koniec świata. A o takich przypadkach się słyszało i to dosyć często. Udawanie, że nic się nie dzieje, problemu nie ma i w ogóle rewelacja wzbudza we mnie najzwyczajniej w świecie gniew.


Zamiast w szkolnictwie reformować to, co faktycznie jest do zmiany, zabrano się za wszystko od dupy strony. Żeby móc manipulować, siać dezinformację i produkować fake newsy w publicznej telewizji. I żeby miał to potem kto łykać.

Marzą mi się zajęcia z takiej prawdziwej przedsiębiorczości. Chciałabym, by chociaż na godzinach wychowawczych przeprowadzano lekcje na temat dezinformacji, fake newsów, by uczono dzieciaki jak sprawdzić źródło informacji i potwierdzić ich wiarygodność. Żeby uczyć młodzież myślenia, weryfikowania, nieustannego sprawdzania. I żeby podstawa programowa opierała się wrezcie na praktycznym wykorzystaniu wiedzy, którą każe się uczniom przyswajać.

A może edukacja domowa?

O tym się prawie w ogóle nie mówi. Dopiero niedawno, dzięki dojściu do głosu influencerów (między innymi Weroniki – @zimnotutaj), zaczyna się zwracać uwagę na inne opcje. Indywidualny tok nauczania czy właśnie edukacja domowa. Są inne drogi zdobywania wiedzy niż siedzenie w szkolnej ławce i biorąc pod uwagę to, jak polska szkoła wygląda w tej chwili – uważam, że nawet lepsze.

Moje szkolne odczucia

Czasy szkoły (szczególnie gimnazjum i liceum – podstawówka jednak wciąż była dla mnie pewnym rodzajem zabawy) wspominam bardzo źle i z ogromną ulgą przyjęłam zakończenie roku w klasie maturalnej. Na egzaminy szłam wręcz w podskokach wiedząc, że niedługo będzie po wszystkim (choć nie było tak, że się nie stresowałam).

Nie miałam problemów z nadmiernym przeżywaniem lekcji czy stresem związanym z klasówkami. Raczej miałam też szczęście do nauczycieli, bo poza drobnymi wyjątkami dali się lubić i wspominam całkiem, całkiem. Samo chodzenie do szkoły (zwłaszcza do gimnazjum, które wtedy było TOP1 we Wrocławiu) nauczyło mnie na pewno głośnego wyrażania swoich potrzeb i działania trochę “pod prąd”, co zostało mi do dziś i pomaga w codziennym życiu.

Mój problem z chodzeniem do szkoły opierał się o bezsensowność siedzenia w ławce z trzydziestoma innymi osobami przez siedem-osiem godzin, podczas gdy wiedziałam, że samodzielnie opanowałabym ten materiał dużo szybciej. Ba, ja dokładnie to zrobiłam, przygotowując się do matury z chemii. W rok przerobiłam dokładnie, od deski do deski, cały materiał do rozszerzenia w tempie jeden rozdział – jeden tydzień. Przy godzinie korepetycji w tygodniu.

Miałam swoje pasje, zainteresowania, na które nie miałam czasu albo siły, bo wszelkie zasoby pochłaniała szkoła. Wczesne wstawanie powodowało konieczność odbycia popołudniowej drzemki (o ile w ogóle w środku dnia już nie zaczynałam chodzić jak zombie) i tak dni mijały – chyba, że akurat robiłam sobie wolne – wtedy wręcz rozkwitałam :) Gdybym teraz chodziła do szkoły, chyba bym się z niej wypisała w trybie natychmiastowym – lekcji do 19:30 bym nie przeżyła, a takie plany zajęć otrzymali uczniowie niektórych szkół.

Jak to przetrwać?

Uświadomić sobie i otoczeniu, że to szkoła jest dla Ciebie – nie na odwrót. Ty masz wynieść stamtąd jak najwięcej umiejętności przydatnych w życiu codziennym. Jeśli masz sprecyzowaną ścieżkę zawodową – bierz tylko to, co potrzebujesz, resztę po prostu przetrwaj i opanuj w stopniu minimalnym.

Dużo dobrego w temacie przetrwania szkoły i jej funkcjonowania robi AniaMaluje. Zacznij od tych tekstów:

Warto też zajrzeć do Barb Grabowskiej, która rozebrała na czynniki pierwsze pracę nauczyciela i jak wygląda system edukacji z drugiej strony, co w nim nie działa i o co walczyli nauczyciele w strajku *(i o co powinni walczyć dalej, bez przerwy, zakłócając egzaminy wiosną – ale to moje wtrącenie i pewnie je jeszcze rozwinę).


Pocieszę Cię – po szkole zaczyna się życie. Postaraj się tylko “w między czasie” znaleźć coś, co wypełni Ci pustkę po ukończeniu szkoły i zajmie czas wolny. Gdy jest pustka, pojawia się marazm. A zaraz później poczucie niespełnienia i beznadziei. A jak już znajdziesz to coś, trzymaj się tego i myśl o tym w gorszych chwilach.

1 Shares:
4 komentarzy
  1. “Wczesne wstawanie powodowało konieczność odbycia popołudniowej drzemki (o ile w ogóle w środku dnia już nie zaczynałam chodzić jak zombie)” story of my life! Kawa +50 do witalności.

    Generalnie zgadzam się z tym co tu napisałaś. Jednakże według mnie usunięcie gimnazjów było dobrą decyzją. Pamiętam ze gimnazjum było dla mnie dosłownie PIEKŁEM. Wtedy zdiagnozowano u mnie depresyjno-lękowe zaburzenie osobowości. Gimnazjum zostawiło we mnie tak głęboką traumę, że nigdy przenigdy nie wróciłabym z własnej woli do szkoły (a nawet poza nią do teraz mam problemy z zaadaptowaniem się w jakiejkolwiek społeczności). Jakże wielką ulgę poczułam po skończeniu 18 lat mogąc rzucić to wszystko w cholerę i naprawdę zacząć żyć. Nie powiem że nie przeszkadza mi że z moim wykształceniem mogę co najwyżej zmywać w jadłodajni, ale i tak nie zamieniłabym tego na powrót do piekła. Zwłaszcza że mam tak duże zaległości, że nawet gdybym chciała iść do szkoły wieczorowej dla dorosłych to podejrzewam że nie dałabym sobie rady. Nie da się tak po prostu nadrobić około 5 lat niemalże absencji w szkole, a tyle mniej więcej trwały moje problemy. Teraz dzieciaki będą zmuszone iść po podstawówce do szkoły średniej, a jako że spędzą tam ze 2-3? lata zanim nadejdzie pełnoletność i uczęszczanie przestanie być obowiązkiem (nie wiem nawet czy dobrze się orientuję w tym ile teraz podstawówka będzie mieć klas), to istnieje dużo większa szansa że zostaną w niej do końca i podejdą do matury. Co oczywiście lepiej rokowałoby dla nich w przyszłości.

    1. Tak jak pisałam, uważam, że gimnazja były totalnie zbędne, ale nie podoba mi się w ogóle tryb, w jakim je zlikwidowano. Ot, ktoś przyszedł, rzucil hasło “likwidujemy”, na kolanie napisano ustawy i rozporządzenia, a podstawa programowa powstawała chyba w przerwie między obiadem i deserem. Nie rozwiązano braków lokalowych, braków kadrowych i nie przeanalizowano problemu podwójnego rocznika. Problemy zamieciono pod dywan i z uśmiechem udawano, że ich nie ma i nie będzie.
      Również nie wspominam szkoły dobrze – ba, gimnazjum wspominam chyba najgorzej i choć nie było w moim przypadku tak źle, to jestem w stanie, na podstawie Twojej historii i wielu innych opierających się o podobne doświadczenia, zrozumieć Twój punkt widzenia :) Wszystkiego dobrego Ci życzę! <3

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Może Ci się spodobać:
Więcej

5 rzeczy, które możesz robić, gdy jesteś chory

Wyspecjalizuję się w chorobowych tematach. Ponieważ gorączka mi doskwiera przez pół doby, a drugie pół śmiertelnie się nudzę, pomyślałam, że nie jestem sama i taki wpis może przydać się wam na przebłyski dobrego samopoczucia w chorobie.